Wielka Brytania

Głosowanie po angielsku. Wybory w UK

Bo w UK głosuje się na piękne oczy lub przez znajomego. Do tego zmazywalnym ołówkiem. Oto moje pierwsze wybory w UK.

Nie lubię polityki. Dla mnie oni wszyscy są tacy sami. Lewica, prawica. Priorytety i system wartości szybko się zmieniają, kiedy nagle zasiadasz na tronie. Zresztą – cały ten cyrk, w który jesteś wplątany, obłuda i brudne gierki szlachty – trudno się dziwić, że tym przesiąkasz. Kiedy wejdziesz między wrony…

Ale do rzeczy. Wczoraj po raz pierwszy zagłosowałam w brytyjskich wyborach. Lokalnych, bo w takich mam prawo uczestniczyć jako obywatel UE. Kilka refleksji.

Dlaczego nie lubię głosować?

Bo nie czuję się, jakbym cokolwiek zmieniała. Więcej jest całej wycieczki do punktu wyborczego, przedstawiania się, pokazywania dowodu, ogólnej pierdolencji niż satysfakcji z uczestniczenia w jakimś istotnym wydarzeniu i z posiadania wpływu na wybór przyszłej władzy. Zupełnie tego nie czuję. Ale wiem, że to jest ważne i każdy powininen iść zagłosować, bo jeśli ja nie pójdę, a zrobi to jakiś kretyn, fan PiSu czy BNP, wtedy jest o 1 głos więcej dla PiSu i BNP. Niemniej jednak traktuję to bardziej jako znaczek na mojej liście rzeczy do odwalenia, niż jako poczucie obywatelskiego spełnienia. Na brytyjskiej liście do głosowania jestem od ponad 2 lat, ale tak naprawdę zarejestrowałam się w celu uzyskania lepszej zdolności kredytowej (bycie oficjalnie pod stałym adresem), aniżeli z chęci zmieniania świata.

Głosowanie po angielsku

Na kilka tygodni przed wyborami dostałam kartę informacyjną o dacie i opcjach głosowania: że można osobiście, pocztą lub przez pośrednika. Takie tam informacje – gdzie i o której. Była też książeczka przedstawiająca po krótce wszystkie kandydatury, kto, co i dlaczego.

Ogólnie nie było w mediach za dużo o wyborach, przynajmniej ja wiele nie słyszałam. Plakatów ani ulotek nie widziałam w ogóle, nie mówiąc o billboardach, których w UK nie ma. Nie oglądam tv, nie wiem, może mnie coś ominęło.

Aktualny mer - Boris Johnson
Aktualny mer – Boris Johnson

Czwartek do 22:00

W UK wybory są zwykle w dzień roboczy. Godziny 7:00-22:00. W sumie fajnie, bo nie trzeba wygrzebywać się z piżamy i opuszczać niedzielnego stanu zwiędłej marchewki i rozleniwienia, które są częstym powodem zaniechania wyprawy do urn. W tygodniu większość ludzi jest na chodzie, wybory załatwia się po drodze do lub z pracy.

Synagoga i hala kościelna

Tak jak Anglicy nie boją się korzystać z przykościelnego cmentarza do organizacji niedzielnego marketu, tak nie ma problemu z wykorzystaniem obiektów religijnych do głosowania. Moja polling station (lokal wyborczy) była w Christ Church Hall, mojego faceta w Liberal Jewish Synagogue. Nie, nie głosowałam w konfesjonale. Tak jak w Polsce – dwa biurka, panie z listami, kilka stojaków, gdzie wypełnisz karty do głosowania, oddzielone dla prywatności płytami z dykty.

Nie potrzebowałam paszportu

A spakowałam go rano, przecież to logiczne – dokument tożsamości. Tymczasem zostałam poproszona jedynie o adres i nazwisko. Mogłam przecież się podać za kogokolwiek. No, może w moim przypadku zakwestionowano by polski akcent. Ale ogólnie zero identyfikacji, nie zapytano nawet o tą kartę z info do głosowania, którą dostałam pocztą. Po prostu: Julia? – Ano Julia. Masz tu 3 karty do głosowania, idź, stawiaj krzyżyki, have fun.

Zawsze jako Polkę zadziwiało mnie to pełne angielskie zaufanie. Oni po prostu święcie wierzą, że ludzie będą postępować fair i zgodnie z zasadami. Że każdy będzie cierpliwie stał w kolejce. Że jak zarobisz z własnej dzałalności 5 tysięcy to pobiegniesz i zadeklarujesz to 5 tysięcy oraz grzecznie zapłacisz należny podatek. W głowach im się nie mieści, że przyjeżdża pan Zbyszek z Polski, zarabia 50 tysięcy, deklaruje straty, do tego bierze zasiłek na piątkę nieistniejących dzieci, no i oczywiście wpycha się do kolejki jako pierwszy.  Nikt nie sprawdzi, nikt nie udowodni. A potem jest płacz, że cwani imigranci zasiłki zabierają. Inna mentalność.

Lokal wyborczy w UK
Lokal wyborczy w UK

Kartę wypełniasz ołówkiem

Znowu to nieograniczone zaufanie. To samo zawsze mnie dziwiło w anglojęzycznych filmach – jak to jest, że oni piszą egzaminy ołówkiem. Przecież wystarczy gumka do ścierania i już można zachachmęcić. No ale jest – stawiam krzyżyki przy pomocy ołówka.

Pierwszy i drugi wybór

Na majora Londynu możesz wybrać 2 kandydatów, zaznaczając, który jest twoim głównym wyborem, a który dodatkowym. Chyba załatwia to sprawę zbyt równych wyników, bo wtedy liczą te drugorzędne wybory. I nie trzeba robić drugiej tury. Taniej.

Kart do głosowania nie składasz, nie wkładasz do koperty. Dokument twarzą w dół wrzuca się do czarnej urny (moich wszystkich czarnych lat… ). Nikt nie patrzy, co wrzucasz. Bo przecież brytyjskie zaufanie. Możesz równie dobrze wrzucić naleśnika.

Nie to co we Francji

Mój facet, Francuz, też był zdziwiony. Bo we Francji to jest z kolei cały rytuał. Oczywiście, podobnie jak w Polsce, najpierw sprawdzają dokumenty. Potem dostajesz oddzielną kartę dla każdego kandydata wraz z elegancką kopertą. Idziesz do osłoniętej budki, wkładasz do koperty kartę wybranego przez siebie kandydata, a resztę wyrzucasz. Następnie jest całe przedstawienie – idziesz do gościa, pokazujesz mu dowód, a on na głos odczytuje twoje imię i nazwisko. Dalej jest wielkie przezroczyste pudło i kolejna osoba, która otwiera przed tobą wieko, ty wrzucasz kopertę, a on/ona donośnym głosem oznajmia „A voté!” (fr. zagłosował/a). Na koniec podpisujesz się na liście. A w Wielkiej Brytanii tak niepompatycznie.

Mój wybór Sadiq Khan

Jak już wspomniałam, I’m not big on politics. Ale kogoś wybrać trzeba. Pokierowałam się tutaj sondażami i matematyką – bo kto miał właściwie szansę wygrać? Lee HarrisCannabis is Safer than Alcohol? Czy może Ankit LoveOne Love Party? Jakbym była trochę młodsza i miała bardziej idealistyczne podejście do świata, może i bym na nich zagłosowała. Ale jako stara zdemotywowana realistka razem z Witkacym nie wierzę już w żadną rewolucję. Wszystko fajnie, ale Lee Harris nie będzie merem Londynu. Nie będziemy jeździć metrem w oparach leczniczego zioła, brzęcząc o wszechobecnej miłości na świecie, gdzie pieniądze na inwestycje same się wycmokują z próżni, a jednorożce przynoszą nam co rano mleko.

Sadiq Khan nie jest moim ideałem. Mam duży problem z tym, że za często wspomina o religii. Nieważne, czy to jest chrześcijaństwo, muzułmanizm czy pastafarianizm. Ja do afiszowania się ze swoją religią mam bardzo agresywny stosunek. Jak mawiają – z religią jest jak z penisem. Jest spoko, jeśli go masz i jesteś z niego dumny. Ale gdy go wyciągasz i machasz mi nim przed nosem, to mamy problem.

Sadiq Khan z żoną Saadiyą - London_AFP
Sadiq Khan z żoną Saadiyą – London_AFP

Pomijając sprawę penisa, jest spoko. Labour (Partia Pracy), nie milionerzy z Tories, którzy wydają się nie mieć kontaktu z rzeczywistością. Pro emigracja, pro Wielka Brytania w EU, niegłupi facet, ponoć ma się skupić na rozwiązaniu problemu braku mieszkań w Londynie i, co za tym idzie, ich chorych cen. Ta kwestia bardzo mnie aktualnie dotyczy, bo staram się coś kupić i idzie mi to jak krew z nosa, z dużą dozą bólu. Ale zobaczymy, bo wiadomo – polityk „prawdę” ci powie…

W Polsce pojawiły się głosy, że „o rany muzułmanin”. Czyli że terrorysta, zrobi z Londynu szariat. Ja w ogóle nie wiem, co odpowiadać na takie zarzuty. Ręcę mi opadają, próbuję tłumaczyć sobie, że to nie jest tak, że ci ludzie są źli, chorzy na głowę. Psychologia z pewnością ma na nich jakąś sensowną odpowiedź. Ci wszystkie krzykacze, którzy nawet nie odróżnią Sikha od muzułmanina. Co się boją przyjmowania uchodźców, bo na pewno zgwałcą ich matki. Dla których każdy muzułmanin to potencjalny terrorysta. Strach przed nieznanym? Nie wiem, to na pewno temat na dłuższe dywagacje.

Mieszkam w Londynie od prawie 8 lat, dużą część w raczej muzułmańskiej okolicy. I co? I nic. Tak samo jak wszędzie indziej. Ludzie jak ludzie, zero fajerwerków. Ani tych na niebie, ani przymocowanych do pasa szahida.

Wybory w UK? A jednak zajebiście

Na wyjściu jestem poproszona o numer z karty do głosowania. Wow, choć pewnie tylko do statystyk, nie wiem. Cała impreza zajęła niecałe 5 minut. I nagle nieoczekiwana duma.

Dzisiaj rano wstępne wyniki – Labour 41%, Tories 40%. Póki co 1% różnicy. A może ten 1% to właśnie tacy ludzie jak ja? Którzy myślą, że w raczej bez sensu ta cała szopka, ale no dobra, już pójdą i zagłosują? I nagle ten mały 1% decyduje o czyjejś przewadze. Więc może w sumie to fajnie, że poszłam?

Wybory w UK 2016
Wybory w UK 2016 – nie głosuj na nikogo?