Różniste

Trylion wyrywków w gęstej jesieni

Dzisiaj jest taki dzień, że nigdzie się nie wychodzi. Jest deszcz, wicher, smutne niebo i zębate chmury. Oczy na wpół zamknięte mimo wypitej kawy. Mózg rozpłynięty na podłodze…

W sumie to kłamię obrzydliwie. Od rana było piękne słońce, klasyczna złota jesień. Ale deszcz to taka zajebista wymówka. Do spółki z moją zagubioną różdżką, choć na to akurat w pracy stwierdzili, że najgorsze usprawiedliwienie spóźnienia, jakie kiedykolwiek słyszeli. A spóźniłam się, bo dzień wcześniej oglądałam Harry’ego Pottera i przez całą noc miałam koszmary, że mama połamała mi różdżkę, która następnie tajemniczo zaginęła, a ja byłam bezsilna, non stop przekręcałam zaklęcie Accio i nie umiałam jej przywołać. Potem były potwory w radiu, które zrobiły mnie w balona, szukanie różdżki w śmietniku i pluszowy wilk z zębami na szydełku. Absolutnie uzasadniona przyczyna stresu, źle przespanej nocy, a w efekcie – spóźnienia.

kapibara

* * *

Mamy w ogrodzie but – skórzany kozak, nieco przeżuty. But co noc zmienia swoje położenie, a ogród niemały. Bardzo chcę rozwiązać tajemnicę zagadkowego buta. Przemieszcza się on na zachód.

* * *

Rok 2016 przyczynił się do upadku wielu. Śmierć legend popkultury, Bowie, Rickman, Cohen, Wilder… Brexit oraz wybór Trumpa. Kiedy wydaje się, że nie może być gorzej, świat pokazuje nam znajomy gest. Nawet kapibary tak jakoś zdechły, a autorka ma siano w głowie.

* * *

W mojej dorosłości najsmutniejsza jest nuda. Świat nie ekscytuje mnie tak, jak dawniej. Nie ekscytują mnie ludzie. Wszystko to już kiedyś było, w takiej czy innej formie, wszystko się już widziało. Niby fajnie, że następny wyjazd, nowa restauracja, jeszcze jeden film, ale każda kolejna rzecz jakaś taka znajoma. Nihil novi, ziewy i zdechłe mewy. Coraz dłuższe cienie, ogrodowy but 2 kroki w stronę zachodzącego słońca.

kapibary

* * *

W dorosłości fajna jest wiedza, że egzystujemy sobie w sinusoidalnych cyklach. Raz na górze raz na dole. Nie rozpaczasz już tak bardzo, kiedy dopada cię dołek, bo wiesz, że prędzej czy później się z niego wygrzebiesz. Nie płaczesz, gdy życie kopie po dupie, a za oknem deszcz. Ponieważ masz świadomość, że w końcu znowu zaświeci słońce. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

* * *

Po miesiącach gonitwy moje życie znowu zwolniło. Ponownie mam czas na eBay i Pinterest, ugotowanie obiadu i obserwowanie wiewiórek przez okno. W nowym mieszkaniu jest takie wielkie okno na ogród, gdzie zainstalowałam mój zajebisty żółty fotel. W ogrodzie mieszkają dwie kosmate, szare wiewiórki, które od czasu do czasu ganiają się wte i wewte. Są na liście podejrzanych w sprawie buta.

* * *

Czy to w ogóle wypada mieć w głowie pustkę i nicość, w erze produktywności i ultra efektywności, tej pięknej jesieni? One ought to advance to the kitchen, they say, and undertake The Great Washing Up Of Doom. A nie tak czas tracić, w żółtym fotelu przed Pinterestem, scroll Y tysiąc milionów pierdylionów. Czy też pisząc bzdury jakieś, o niczym specjalnym.

Kapibary

* * *

Te wieczory, kiedy włączam cichutko muzykę i sączę czerwone wino. Gdzie nic nie trzeba, jutro wcale nie do pracy, a lista rzeczy do zrobienia jakiś trafem zaginęła w gąszczu niezbyt posprzątanego mieszkania. Nic tak nie robi nastroju jak sznurek lampek świątecznych i puchaty koc.

* * *

Jutro jadę do Stanów Zjednoczonych. Krainy wielkich rewolwerów i jeszcze większych hamburgerów. Znajoma obchodziła 8 urodziny swojego (zajebistego) bloga, więc pomyślałam, że może ja też coś napiszę, zdając sobie sprawę z własnej nieudolności i tego jak bardzo łamię dane sobie obietnice. Tytułem wstępu do planowanego pisania o hamburgerach, kiedy dotrę do Denver. Jeśli w ogóle dotrę, bo check-in nie działa, a ja jeszcze nie zaczęłam się pakować, tylko piję porto.