Podróże

Wolność z tapety Windowsa

Oto kilka słów o podróżowaniu samemu czyli jak to jest być na prywatnej randce z morzem, wiatrem i owcami.

Wstań o tej siódmej

Sobota, 7 rano. Pobudka, prysznic i szybkie musli dla napakowania się energią. Zamówiona pogoda (bo zawsze trzeba zamówić, nie ma bata) i przyklejony na twarzy uśmiech numer 4. Dziecko jedzie na wycieczkę z plecakiem. W samotną 20-kilometrową podróż na piechotę.
Samotna podróż przez zielone wzgórza
W otoczeniu rodem z Windowsa XP

Lewes miodem płynące

Po godzinie w pociągu docieram do niedużej, dość bogatej mieściny na trasie London – Brighton. Jak na angielskie miasteczko przystało, pełna jest cudownych starych budynków, porośniętych bluszczem i kwiatami chatek, jest też zamek, taki średniowieczny. Lewes jest pięknie zadbane i po raz kolejny obiecuję sobie, że je odwiedzę tak po prostu, bez potrzeby przedostania się do innego miasta do wieczora. Tylko żeby pobuszować po hipsterskich kafejkach (aka artisan), dziesiątkach sklepów z antykami i XV-wiecznych antykwariatach.

Czas ograniczony i trochę głupio samej

Niestety jak to zwykle na początku samotnych podróży, czuję się trochę nieswojo. Wyciągnąć wielki aparat czy nie wyciągnąć? Trochę tak głupio, samej, jeszcze do tego w byle jakich sportowych ciuchach. Jestem jakby deczko nie na miejscu pośród ładnie ubranej szlachty z angielskiej upper middle class, jaka mieszka w Lewes i po raz kolejny obiecuję sobie zainwestować w ładniejsze ubrania do wycieczek. Czuję się brzydka w dżinsach, butach trekkingowych oraz polarze i niby nie przyjechałam tu na pokaz mody, tylko całodniowy spacer przez błoto i pustkowia, ale na tle bogatej ulicy tak trochę odstaję. Ostatecznie wyciągam moją lustrzankę, ale w Lewes nie robię za wielu zdjęć.
Angielskie miasteczko Lewes
Angielskie miasteczko Lewes

A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą zieloną…

Po wizycie w kilku charity shops i frustracji, że właściwie to nie mogę nic kupić, bo przecież jak będę to dźwigać przez następne 20km, wyruszam za miasto. Oh the glorious countryside! Jest krowa, na maxa jaram się, że wreszcie jest po prostu krowa, nawet ze 3 w sumie i zero żywej duszy w pobliżu. Cisza i spokój. Pagórki leśne i łąki zielone zapierające dech w piersiach niejednego pana Tadeusza. Jest pięknie.
I jakby trochę za ciepło. Jasne, lekcja pierwsza. Zawsze ubieraj się bardziej letnio niż jest za oknem. Ja tutaj polar, kurtka, grube skarpetki, rękawiczki. A słońce ma ze mnie niezłą zlewkę, takie zheheszkowane jest to nasze słońce.
Białe konie
Jak nie krowy, to jednorożce

Owce, owieczki i orła cień

Potem już tylko piękne krajobrazy (i owcze bobki). Od czasu do czasu pojawi się człowiek, ktoś z psem, inny na poobiednim spacerze, ale ogólnie jest pusto. Gadam do owiec po francusku i pytam, czy wszystko gra. Nie odpowiadają, nie znają francuskiego albo się wstydzą swojego owczego akcentu.
Ale nic to, idę dalej. Jest mnóstwo czasu na rozkminianie i planowanie życia. Na myślowe porządki i garbage collection. Wystarczy tylko przebierać nogami, cała reszta jest up to you. Upragnione poczucie wolności i wszechmocy. Wynajdźmy plan na przejęcie wszechświata! Obrabowania banku!! Ugotowania obiadu!!!
Owce na polu
Offowce

Orgastyczna kanapka zwycięstwa

Najzajebistsza jest oczywiście przerwa na lunch. Idziemy już od prawie 5 godzin, czas znaleźć spokojne miejsce na uboczu, z dala od ścieżki i ewentualnych przechodniów. Gdzieś, gdzie możemy wygodnie rozłożyć się na trawie i rozpocząć bufet. A będzie to najlepsza rzecz, jaką jadłam od tygodni. La tartine au pâté de campagne*Kanapka z pasztetem.
Co tam, że kanapka – mówisz. A właśnie, że o kurwa-ja-pierdolę-kanapka-mega-giga-wypas-pomidor-ogórek-sałata-przyjdź-królestwo-twoje-kanapka. Po 5 godzinach marszu taka niby „zwykła kanapka z pasztetem podlaskim” to absolutna rewelacja, niesprawiedliwie pominięta przez Michelin perfekcja do kwadratu, jakiej twoje kubki smakowe się zupełnie nie spodziewają. Leżysz na trawie, wpatrując się w słoneczne niebo, dookoła tylko śpiew ptaków i szum wiatru. Nie ma niczego lepszego, serio.

Heniek, morze widać!!!

Ach ten moment, kiedy po raz pierwszy dostrzegasz w oddali morze! Kanał La Manche ma zajebisty kolor – zielonkawy, szmaragdowy, taki trochę #36B8BA. Krajobraz zapiera dech w piersiach, a ty cieszysz się jak dziecko. W twoim kierunku kucają 2 radosne Golden Retrievery, jest miłość, radość i błogostan.
Poza tym nadchodzą czarne chmury. 3km to go, zdążę przed ulewą czy nie? Tak jakby to miało jakieś znaczenie – bo ja akurat w tym momencie jaram się cykaniem fotek na tle pola kwitnącego rzepaku. Instagram party. Fotograf roku.
Pole rzepaku
Nadciągające chmury i pole rzepakowe w okolicy Seaford

Pub, angielskie ale i brak sił

Później krajobrazy powoli się uspokajają, jakiś tam stary kościół, znów wiekowa wioska i angielskie ogrody. Przez ostatnie 1,5 kilometra zaczyna ogarniać zmęczenie, ale do pubu już niedaleko. Idę nadmorską promenadą, przygasa słońce, jest rudo-czerwono, włosy rozwiewa wiatr. Deszcz mnie jednak ominął. Pierwszy kufel Doombara smakuje niczym napój bogów i jest pochłonięty w jakieś 30 sekund, do tego typowe angielskie pub food, hamburger i frytki, a kubki smakowe wciąż szaleją i jest to oczywiście hamburger roku.
Burger w The Old Plough
Burger w pubie The Old Plough w Seaford

Bo cała frajda to podróżowanie samemu

Jestem brudna, spalona słońcem, wyczerpana, ale absolutnie szczęśliwa. O 19:25 łapię pociąg na London Bridge. Nie ma nic wspanialszego niż totalne fizyczne wyczerpanie, jednocześnie wielka duma ze sprostania wyzwaniu. Dzisiaj to ja wygrałam, wszystko było właśnie tak, jak to sobie wymyśliłam. Ledwie doczłapuję się do domu, poziom energii jest bliski zeru. Łóżko poproszę, w polewie z ciepłej kołdry. Lights out. To był udany dzień.
* czy de chien, jak to mawia mój facet – ze względu na podobieństwo opakowania karmy dla psów