Lajfstajl · Podróże · Różniste

Dzień pod zwisającym siusiakiem

Poranek, kiedy chcesz zarzygać sąsiadów i zadźgać ich dziecko. Podróż metrem do pracy, kiedy facet obok za głośno przeżuwa gumę i chrząka, po czym zaczyna czyścić okulary i rozpychać się łokciami, że nie możesz skupić się na książce. Jak już się wreszcie skupiasz, pora wysiadać. W pracy wszystko się sypie, serwer w krzakach, angular chujowy, głośno jak w jakiejś knajpie, podczas gdy ty próbujesz się skupić. Jasne. W końcu piszesz do szefa, że źle się czujesz i musisz do domu, a potem na czacie wysyłasz teamowi ikonkę smutnej kupy. Zrozumieją.

Taki dzień bez wiary w cud.

Zapodałam dwa święte jaśki z nadzieją, że mi przejdzie. Dobrze rozpoznaję te stany. Nie masz na nie wpływu, niby siedzisz tam, przez ścianę do siebie samej, widząc jak wszystko się zaczyna kruszyć i wyginać, ale niewiele możesz zrobić. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że bomba tyka, tik tak, przecież tak nie można, ogarnąć się trzeba, ale takie porady, panie, to trochę jak krzyk przez zamknięte okno. Tak se pokrzycz czyli.

Dlatego siedzę pod kocem z książką, której nawet nie czytam.

Kapibary Boulder Colorado
Kapibara w Boulder, Colorado

Im jestem starsza, tym mniej romantyczna. Kiedyś bym i pewnie napisała jakiś wiersz o bólu istnienia, o sercu złamanym, krwawiącym i świecie niesprawiedliwym. Dzisiaj wiem, że to po prostu niedobór witamin i snu, pora miesiąca lub stres. Do jutra przejdzie, nie ma co pieśni śpiewać. Wkurwiają mnie właściwie wszyscy – od dramatyzujących do pocieszających w potrzebie. Biedni, kurwa, cierpiący. Naprawdę nie ma co się roztkliwiać, wszystko da się ogarnąć. A jak się nie da, to po cholerę dawać się tak zwariować. Niam blam brmsngiam srmsrszmam.

Po każdym wjeździe jest zjazd. Tydzień we Francji, 2 tygodnie w Colorado, pełen power, super restauracje, dobre wino, kobieta śpiewająca. Czego można więcej od życia chcieć, zapytał filozof, no czego?! Świętego spokoju, o właśnie. Bo ja nie mam 15 lat, żeby tak kolejką górską zapierdalać. W ogóle to ja nie lubię kolejek górskich, od czasu kursu na prawo jazdy boję się stromych pagórków. Po tygodniach poza domem i, co gorsza, wśród ludzi, budzi się we mnie zwierzęce pragnienie wtulenia się w mój żółty fotel i obserwacji wiewiórek kicających po ogrodzie. Koniec paragrafu o zjazdach.

Kapibary - Golden, Colorado
Kapibara trawelująca – Golden, Colorado

Pamiętam jak w podstawówce, czytając Pippi Langstrumpf, Ronję czy Robinsona Crusoe, marzyły mi się survivalowe podróże, odkrywanie nieznanego, wielka przygoda. Najlepiej tylko z paroma niezbędnymi rzeczami w plecaku i scyzorykiem w kieszeni. I mimo, że z łezką w oku spoglądam wstecz na moją samotną pieszą wycieczkę z plecakiem przez Kornwalię, tak najmilej wspominam z niej chwile, kiedy wieczorami docierałam do miejsca noclegu – do kolacji, kufla piwa i wygodnego łóżka. No wiecie, bezpiecznych czterech ścian. Bo, jak ktoś tam to już gdzieś tam powiedział, z podróżowania najlepsze są powroty. Do domu czy w ogóle, do normalności.

Tylko że ja jestem w tej normalności już od 3 dni i mi się trochę przeżera. Niby co z taką normalnością zrobić? Mój mózg nie wie, dokąd posłać te wszystkie niewyplute emocje. Do spluwaczki? Idę wiersz pisać. Pranie wstawię. Nie robią już zresztą spluwaczek.