Różniste

16:56

4 minuty do godziny zero. 4 minuty do czasu kiedy puchata kapibara zgubi swoje szklane kopyto w wyścigu po piwo do biurowej lodówki. 4 minuty do 17stej. Kiedy weekendowy alkohol stanie się oficjalnie legalny.

Muzyka gryzie w uszy. Ktoś załączył swoje hity, bardzo nietrafiające w twój gust i strasznie cierpisz. Co robić? A co się robi, kiedy świat nie działa zgodnie z twoją wolą? Co kiedy jest nieładna pogoda, kiedy nie kocha, kiedy szef niemiły? Szpadlem i do piachu. Z motyką na słońce i sierpem na deszcz.

Mój chłopak zapytał mnie, czy rzeczywiście chodziłam z mieczem po Oxford Circus. Kiedy ja tak naprawdę nie mam miecza.

Każdy problem ma rozwiązanie

Siedzenie i jęczenie w niczym nie pomaga, trzeba zadziałać. Tu staję się ofiarą własnej ideologii, bo niby co mam zrobić? Wstać i zadźgać DJa widelcem? Ukradkiem przełączyć na Justina Biebera w ramach sugestii co do poziomu obecnej playlisty? A co jeśli się nie zorientują? Co jeśli pomyślą, że to mój gust muzyczny? Co jeśli im się właściwie spodoba? A już najgorzej – co jeśli w ogóle nie zauważą?

Nie, nic nie zrobię. Będę tu siedzieć i kwiczeć. Może ostentacyjnie naciągnę słuchawki na uszy. Może powzdycham trochę z absolutną pogardą we westchnięciu. Może się powściekam odrobinę i adrenalina mi skoczy.

Patrzę na linijki kodu i jedyne, co dzisiaj widzę, to kolory podkreślonej składni. Nazwy funkcji limonkowozielone, a parametry pomarańczowe. Fiolet dwukropków i szarość komentarzy. Błękit słów kluczowych i blada żółć ciągów znaków. Bo przecież nie napiszę „stringów”, w stringach nie ma poezji. Kolory, potwory, kompilatory. Na słuchawkach moje farenhajty, teoretycznie playlista wzmagająca koncentrację, praktycznie coś robiącego bubububububububu przez większość czasu.

Monica Barengo

Dzisiaj w biurze śmierdzi kupą

Recepcjonistka przeprosiła za budynek, budynek ma chore rury, recepcjonistce strasznie głupio, bo najbardziej śmierdzi w recepcji i wszyscy ją podejrzewają. To nowy budynek, taki z ostatnich 10 lat. Dizajnerski i w ogóle, okolice Soho, naprzeciwko buduje się siedziba Facebooka. A jednak niespecjalnie ma okna, klimatyzacja nie działa, cały pozaokrąglany, przeszklony i bez sensu, latem nie ma czym oddychać, zimą też nie jest za fajnie. Przerost formy nad treścią, zero duszy. Nie ma w nim przyjaznych stworów.

Pamiętam pierwszą noc w moim pokoju na Lonsdale i fairies on the ceiling. Bo to w ogóle był dom pełen stworzeń. Pokojowych, nieagresywnych, ale o stworach nigdy nie można powiedzieć, że są niegroźne. One mają swój własny klimat i definicje, jest wokół nich sporo magii i mocy, właściwie to nigdy nie wiadomo. Ze stworami musisz mieć odpowiedni układ, bo inaczej może być niewesoło. Ja taki układ miałam, ale nieraz trzeba było uciekać w biegu do pokoju, bo robiło się gorąco. Były prośby, ugłaskiwanie, kompromisy. Tutaj to nawet nie chcą siedzieć, stąd wszystko się sypie.

Nuda, panie, wieje nudą. Przejdźmy przez tę kładkę, bo zapadamy się już w bagnie po kolana. Dookoła wysokie trawy, część zupełnie pod wodą. Po tamtej stronie jest chyba bardziej sucho.

Monica Barengo

Pan, który na co dzień leży pod Sainsbury’s był dzisiaj rano w pozycji połowicznie diagonalnej. Do leżenia zawsze zdejmuje buty, żeby mu odpoczęły stopy. Może przez całą noc spaceruje? Może ucieka przed potworami? Co po nocach robią ludzie bezdomni, jeżeli akurat nie śpią? Brudna, siwa broda, podkrążone szare oczy, śmierć dużymi literami wypisana na twarzy. Drobnym drukiem dopisany alkohol, jest też głód, zimno i zmęczenie życiem. Kim jest, skąd pochodzi, czy miał szansę na normalne życie? A może to jest według niego normalne życie? Bo co my możemy tak naprawdę wiedzieć? Co jest wyznacznikiem?

Dupa sałata.

Przełączyłam, bo nie dało rady. Teraz czekam, aż ktoś przyjdzie i zadźga mnie widelcem.